Uwaga

Osoby, które chcą być powiadamiane o nowościach proszę o wpisywanie się do księgi. Ułatwi mi to sprawę i zagwarantuje Wam, że nie zostaniecie przez przypadek pominięci.
Dziękuję!



wtorek, 1 lipica 2008 13:41:32

#6


Cztery miesiące, cztery miesiące brakowało mi weny, chęci i ochoty, żeby kontynuować to opowiadanie. Ale nie poddam się, tym razem będę to ciągnąć, żeby nie wiem co.

Proszę o szczere opinie. A zaległości obiecuję nadrobić w najbliższym czasie, w końcu wakacje!



Dormitorium Huncwotów było przestronną okrągłą komnatą z sześcioma oknami wychodzącymi na szkolne błonia. Pomiędzy lukarnami stały cztery duże, wygodne łóżka z kolumienkami, a zawieszone na nich ciemnoczerwone, aksamitne zasłony pozwalały na zachowanie prywatności każdemu z chłopców. Posadzka była częściowo pokryta puchatym, szkarłatnym dywanem, dzięki czemu nie trzeba było obawiać się ewentualnego wychłodzenia stóp. Ściany natomiast, po sześciu latach bytności hogwarckich łobuziaków, pokryte były licznymi plakatami zespołów i drużyn Qudditcha oraz zdjęciami, po których bez przerwy kręcili się chłopcy wraz ze swoimi przyjaciółmi.
Tym razem dormitorium rozbrzmiewało głośnym śmiechem. Remus, skulony w swoim łóżku, oddychał ciężko i próbował zasnąć, a Peter, siedząc w fotelu pod oknem, czytał z wypiekami na twarzy jakąś magiczno-przygodową książkę. Hałas czynili jak zwykle Syriusz z Jamesem pokładając się ze śmiechu na grubym dywanie podczas próby wymyślenia sobie przydomku, którym mogliby być określani jako duchy po śmierci.
- Prawie Bezrogi James - zawył radośnie Black przewracając się na plecy. Wyglądał jak pies, który tarza się po trawie, z tą różnicą, że on kulał się po miękkim dywanie w kolorach Gryffindoru.
- Czarna Łapa? - zachichotał Potter łapiąc się za brzuch i z trudem łapiąc powietrze. - A może lepiej Czarny Panicz, skoro ma to być analogiczne do Szarej Damy Krukonów?
- Wiem! Krwawy Garncarz.* - Tym razem Syriusz ze śmiechu sturlał się aż z dywanu na kamienną posadzkę, co jednak nie przeszkodziło mu w dalszym rechotaniu. - Tylko najpierw musisz dokonać czegoś krwawego.
- Zjem kurczaka - oświadczył nonszalancko Rogacz, po czym znów zaniósł się chichotem. W końcu udało mu się wydukać:
- Gruby Black!
Znów zanieśli się śmiechem, by ostatecznie zniknąć w drzwiach prowadzących do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Remus wiedział, że choć żaden by się do tego nie przyznał, wyszli ze względu na niego. I to cenił w nich najbardziej - tę skrywaną głęboko troskę o jego zdrowie i samopoczucie, która ujawniała się poprzez takie drobne i z pozoru nic nie znaczące gesty.
Odetchnął głęboko przekręcając się na bok i spojrzał w stronę łóżka Petera, który nawet nie zwrócił uwagi na zniknięcie połowy Huncwotów, tak bardzo zagłębił się w swoją lekturę. Wydawać by się mogło, że przyglądanie się komuś, kto czyta, jest czynnością nader nudną i nieciekawą, ale było wręcz odwrotnie jeśli chodziło o małego, niepozornego Gryfona. Pettigrew miał chyba jedną, jedyną cechę charakterystyczną, mianowicie nadwrażliwe opuszki palców, dlatego czytając używał zarówno oczu, jak i właśnie opuszek. Nie tylko widział litery, ale i je dotykał - w trakcie czytania przesuwał dłońmi po kolejnych linijkach tekstu; przyciskając mocniej w trakcie gwałtownych zwrotów akcji, ledwo muskając przy delikatnych, ulotnych momentach czy też pocierając każdą literę z osobna, gdy wraz z bohaterami próbował rozwikłać kolejną zagadkę.
Teraz Lupin spoglądał na przyjaciela, który co chwilę przykładał palce do kartki, by zaraz znów je oderwać - znak, że dotarł już do momentu, w którym opisano wielki pożar zamku sir Raleigha, czarodzieja poszukującego mitycznego Eldorado. Nie chcąc swoim wierceniem się przeszkadzać Peterowi wstał cicho, ściągnął z łóżka pled i już po chwili owinięty szczelnie grubym kocem siedział na szerokim parapecie okna. Dzień był wietrzny, ale wyjątkowo pogodny i ciepły, jak na koniec września, co uczniowie Hogwartu skrzętnie wykorzystywali zajmując niemal całe błonia. Z wieży, w której mieściły się dormitoria Gryffindoru, poszczególne osoby jawiły się jako niewyraźne kropeczki koloru czarnego, gdyż na terenie zamku wciąż obowiązywały szkolne szaty, bez względu na to czy był to dzień szkolny, czy weekend. Jedynie wewnątrz swoich Domów można było ubierać się nieco bardziej swobodnie, z czego niemal każdy korzystał.
- Chcesz się przejść, Remusie? - Z zamyślenia wyrwał go cichy głos Pettigrew opierającego się rękoma o parapet, będący w rzeczywistości dużą i szeroką wnęką okna.
- Przeszkodziłem ci w czytaniu? - odpowiedział pytaniem na pytanie przesuwając się nieco i tym samym ustępując miejsca przyjacielowi.
- Nie, skądże! - Peter zaprzeczył tak, że aż jego krótkie, mysie włosy zafalowały gwałtownie. - Już skończyłem czytać, rewelacyjna lektura. Musisz mi jeszcze polecić coś równie wciągającego...
- Wiedziałem, że ci się spodoba. - Uśmiechnął się słabo między jednym a drugim ciężkim oddechem. - Jak będziemy w bibliotece poszukamy czegoś równie ciekawego.
- To może teraz pójdziemy, co ty na to? - Glizdogon wpatrywał się z nadzieją w Remusa. Choć uwielbiał całą trójkę, to jednak Lupin był tym, któremu najbardziej ufał i był w stanie się zupełnie odsłonić, tylko jego się nie wstydził. Za to w obecności Syriusza i Jamesa zawsze się pilnował i zachowywał czujność, obaj mu imponowali i chciał być traktowanym przez nich jako ktoś równy, kto też może zaimponować.
- Nie, to chyba nie byłby najlepszy pomysł, jestem za słaby.
- Tak, rzeczywiście, nie pomyślałem. Przecież pełnia niedługo, rzeczywiście. - Mniejszy z Gryfonów wyraźnie się speszył, by po chwili zadać nieśmiało jeszcze jedno pytanie. - Powiedziałeś już Aislinn?
Lunatyk uniósł gwałtownie głowę i spojrzał ze zdziwieniem na przyjaciela.
- A czy ty byś powiedział swojej Puchonce?
- To nie jest żadna moja... - Glizdogon natychmiast się nastroszył i przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
- Spokojnie, Peterze, Łapa i Rogacz niczego się ode mnie nie dowiedzą. Sam zdecydujesz, kiedy im powiesz o niej. - Chłopiec uśmiechnął się mrużąc jak zwykle oczy, co nieodmiennie fascynowało jego przyjaciół. Było w tym coś dziewczęcego, łagodnego i ulotnego, co w pierwszej chwili wydawało się nie pasować do kogoś takiego, jak Lupin, jednak z czasem stawało się czymś nieodłącznym i charakterystycznym tylko dla niego.
- Na pewno?
Remus kiwnął tylko głową klepiąc z rozbawieniem przyjaciela po plecach i usadawiając się wygodniej na parapecie.
- Jak się ona właściwie nazywa? Trochę głupio mi mówić o niej, jako o twojej Puchonce.
- Mary-Kate - odpowiedział Pettigrew, mimowolnie się uśmiechając i pokazując tym samym swoje nieco za duże przednie zęby. Po chwili zreflektował się i odwrócił szybko głowę.
- Ja bym nie powiedział, wstydziłbym się - dodał z wahaniem błagając w duchu Merlina, aby Remus nie obraził się na niego za te słowa.
- Czy ja wiem, czy to powód do wstydu? Osobiście o wiele bardziej się boję, aniżeli wstydzę, o tym komukolwiek powiedzieć... - zauważył spokojnie Lupin szczelniej okrywając się pledem. - To jest tak, że za każdym razem dosłownie paraliżuje mnie strach, gdy pomyślę, że ktoś mógłby zacząć mnie unikać, obawiać się mnie.
- Boisz się bania się - skwitował nieporadnie pulchniejszy z Gryfonów.
- Wiem, to idiotyczne...
- To nie jest idiotyczne, Lunatyku, to normalne. Gdybym ja bał się strachu, mogłoby się to wydawać dziwne, ale twoja sytuacja cię do tego uprawnia. Już tyle razy o tym rozmawialiśmy.
- Co nie znaczy, że muszę skrzętnie korzystać z tych wszystkich przywilejów bycia wilkołakiem! - Chłopiec nerwowo podrapał się po szyi i zacisnął popękane i spierzchnięte wargi. - Powinienem coś z tym zrobić, Peterze, przełamać się wreszcie. I ja chcę pracować w ofensywie?! Już nawet nie ze względu na moje kalectwo, ale przez tę niedojrzałość mnie nie przyjmą...
- Myślisz, że Aislinn zaczęłaby się ciebie bać? - Pytanie Glizdogona zaskoczyło Lupina, że zapomniał o czym właściwie mówił. Było tak oczywiste, ale nie potrafił dać na nie odpowiedzi. Bo właściwie Hawick była zupełnie inną osobą niż wszystkie dotychczas poznane. W ciągu tych wszystkich dni i nocy, podczas których się spotykali, rozumieli się coraz lepiej; czasem miał wrażenie, że Ais czyta mu w myślach...
- No właśnie. - Głos Petera był niewiele głośniejszy niż szept, ale dosłownie było w nim słychać uśmiech pokrzepienia, który zagościł na twarzy chłopca. - Sam chyba sobie już odpowiedziałeś na to pytanie. Pomyśl, czy przypadkiem nie masz okazji, żeby zrobić coś z przywilejami wilkołaka i walczyć ze strachem przed strachem...
Nagle drzwi do dormitorium otworzyły się z hukiem i do środka wpadł Syriusz z rozwianymi włosami i grymasem na twarzy.
- Zagramy w gargulki? - zapytał, wyciągając przed siebie wypchany czarny, wytarty woreczek. Widząc zaskoczony wzrok przyjaciół dodał tonem dziecka skarżącego się na wielki, zły świat:
- Bo Rogacz, jak tylko zauważył Lily, natychmiast o mnie zapomniał. Dziewczyny...
- A Joyce, to niby kto jest? Chłopak? - zapytał z przewrotnym uśmiechem Remus schodząc, z pomocą Pettigrew, z parapetu i kierując się w stronę Łapy. Ten rzucił mu tylko urażone spojrzenie, po czym chichocząc radośnie rzucił w stronę Glizdogona woreczek z gargulkami.

*gdyby ktoś nie wiedział, Potter to po angielsku po prostu garncarz
komentarze [33]

niedziela, 24 lutego 2008 22:39:56

#5


Mam nadzieję, że długość Was nie przestraszy - w pierwotnej wersji była co najmniej dwa razy dłuższa ;)
Z dedykacją dla Niej, ponieważ dzięki jej szantażowaniu udało mi się dodać kolejną część zgodnie z obietnicami.
Konstruktywna krytyka mile widziana.


A przy okazji zapraszam na moje nowe opowiadanie!



James i Syriusz po raz pierwszy znajdowali się wewnątrz wieży Ravenclawu, toteż natychmiast zaczęli się rozglądać po przestronnym pomieszczeniu. Rozkład pomieszczeń był najprawdopodobniej identyczny, jak w Gryffindorze, natomiast wystrój różnił się pod każdym względem. Na przeciwległej do wejścia ścianie znajdowały się kolejne drzwi prowadzące zapewne do dormitoriów, a obok nich stał górujący nad wszystkim pomnik z białego marmuru przedstawiający Rowenę Ravenclaw. Przed dużym kominkiem, w którym wesoło trzaskał ogień, stały dwie kanapy i kilka foteli - wszystkie obite granatowym welurem i przyozdobione, wyszywanymi brązową nicią, motywami roślinnymi. Drugą stronę komnaty zajmowały wysokie regały zapełnione po brzegi niezliczonymi księgami i zwojami pergaminów, zaś pod wysokimi, łukowatymi oknami, które wychodziły na pobliskie góry, stało sześć stolików. Część z nich była zawalona woluminami, pozostałe - szachownicą oraz kartami do gry w Eksplodującego Durnia. Jednakże największe wrażenie robił sufit; sklepienie w kształcie kopuły było ciemnogranatowe i pomalowane w gwiazdy migoczące niczym na prawdziwym niebie.
- Czy wyście poszaleli? Wiecie, która jest godzina? - Z niemego zachwytu wyrwał Gryfonów zaspany głos Aislinn. Gdy dostrzegła, że James nie ma na sobie żadnej koszulki, a jedynie opadające spodnie spłonęła rumieńcem.
- Obudziliśmy cię? - zapytał zakłopotany Rogacz. Chciał mieć już za sobą tę wizytę. Wizytę, która żadnego skutku nie przyniesie, bo jak można rozwiązać coś, nie mogąc mówić o sednie sprawy, jakim jest likantropia Remusa?
- Nie, właśnie zamierzałam się położyć. Razem z dziewczynami przed chwilą skończyłyśmy się uczyć na Zielarstwo - odpowiedziała Krukonka zmęczonym głosem. - Możecie mi wytłumaczyć w końcu co tu się dzieje? Chyba nie przyszliście, żebym wam zawiązała krawaty?
Syriusz roześmiał się szczekliwie, gdy przed oczami stanął mu obraz Jamesa w pomiętych, rozciągniętych spodniach i schludnie zawiązanym krawacie na gołym torsie. Kiedy się w końcu opanował chrząknął i bez zastanowienia zapytał:
- I jak się udała randka z Remusem?
James syknął ostrzegawczo, ale było już za późno, pytanie zostało zadane. Dziewczyna spojrzała najpierw na Rogacza, następnie na Łapę, by w końcu mocno się zarumienić.
- Słodka Helgo, poszaleli - jęknęła Ais przyciskając chłodne piąstki do rozpalonych policzków. - To nie była żadna randka!
- Jak to nie? - Potter wyglądał jakby właśnie dostał po twarzy. Tyle się namęczyli, żeby w końcu się okazało, że nic się nie wydarzyło i nie ma powodów do obaw?
- Po prostu - burknęła Krukonka opadając na granatowy fotel z cichym klapnięciem. - Skąd wam to przyszło do głowy w ogóle?
- Tak to wyglądało - prychnął Black przybierając pozę arystokraty znającego swoje miejsce, uprzywilejowane miejsce. - Co by to nie było, mamy do ciebie małą prośbę. Jeśli dojdzie do waszego kolejnego spotkania w Hogsmeade nie idźcie przez Wrzeszczącą Chatę. Ta wierzba kiedyś kogoś może porządnie poturbować...
- Zapewniam cię, Syriuszu, że na kolejne tete-a-tete się w żadnym wypadku nie zapowiada - odpowiedziała spokojnie Hawick starając się nie myśleć o swoich rozpalonych policzkach. - To było jednorazowe koleżeńskie spotkanie.

I tu Aislinn, wszystkowiedząca Krukonka, nie miała racji. Nie minął tydzień, gdy do biblioteki znów wkroczył Lupin i przysiadł się do stolika uczącej się dziewczyny.
- Cześć. - Uśmiechnął się lekko i zerknął na notatki, które dziewczyna skrupulatnie opracowywała. - Obrona nie chochlik, nie ucieknie.
Aislinn spojrzała na Gryfona kątem oka, ale nie odezwała się słowem.
- Chciałem ci zaproponować dzisiaj mały wypad do Hogsmeade, co ty na to? - kontynuował niezrażony. - Obiecałem w końcu, że będę pilnował, abyś o siebie dbała.
- Rozumiem, że byśmy szli tym tunelem pod Wierzbą Bijącą?
- Oczywiście. Nie ma... innego przejścia. Poza główną bramą oczywiście - odpowiedział z rozbawieniem. - To jak, dasz się zaprosić?
- Wybacz, ale nie mam ochoty jutro, z samego rana, natknąć się na twoich przyjaciół dopytujących się jak udała się nasza randka oraz proszących, abyśmy nie chodzili do Wrzeszczącej Chaty. - Krukonka nieznacznie uniosła głos, co jednak nie uszło uwadze nowej bibliotekarki.
- Panno Hawick, to jest biblioteka - syknęła kobieta nerwowo przekładając jakieś papiery na biurku i zerkając groźnie na dziewczynę. Była ładną kobietą koło trzydziestki o owalnej twarzy, których największą ozdobą były orzechowe oczy oraz kształtne usta. Niestety, w jej przypadku charakter nie szedł w parze z urodą - była oschła, zasadnicza, bardzo nerwowa, a ładne usta zazwyczaj zaciskała tak, że tworzyły tylko wąską kreseczkę.
- Przepraszam, panno Pince, zapomniałam się - odpowiedziała ciemnowłosa ze skruchą, po czym spojrzała poirytowana na Remusa, który słysząc oskarżenie Ais zbladł, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, po czym zamknął je bez słowa.
- Żartujesz. Byli u ciebie pytać się o coś takiego? - wykrztusił w końcu.
- Zaraz z rana następnego dnia, próbowali się dostać do wieży Ravenclawu. Gdyby nie moja przyjaciółka... - wyjaśniła odkładając pióro i układając swoje pergaminy w zgrabny stosik. - Nic ci nie powiedzieli? Cali Huncwoci.
- Przepraszam, Aislinn. Nie mam pojęcia, co ich napadło. Nigdy się tak nie zachowywali. - Lupin z zakłopotaniem bawił się brzegiem rękawa swojego swetra.
- Nie przepraszaj, tylko poproś ich, żeby następnym razem powstrzymali się od takich akcji - odpowiedziała pakując swoje rzeczy do torby. Kiedy skończyła uśmiechnęła się do Gryfona wesoło i dodała:
- To jak, propozycja nadal aktualna?
- Oczywiście. - Remus odwzajemnił uśmiech i wstał, starając się zachowywać jak najciszej, gdyż wzrok bibliotekarki spoczywał nadal na nim i Ais. - Daj tę torbę, przecież widzę, że jest ciężka.

"Trzy Miotły" były jednym z tych miejsc, w którym, bez względu na porę, zawsze panował tłok. Czasem byli to uczniowie Hogwartu, którzy danego dnia mieli wyjście do Hogsmeade, zazwyczaj jednak lokal wypełniali mieszkańcy wioski. Zarówno jedni, jak i drudzy uważali, że jest to najlepsze miejsce na wypicie kufla piwa kremowego lub kieliszka Ognistej Whisky, pogawędzenie ze znajomymi na poważniejsze, ale i lżejsze tematy oraz ogólnie na miłe spędzenie czasu. Wpływ na to miało z pewnością przytulne wnętrze w naturalnej kolorystyce, jak i sama osoba Madame Rosmerty, która dla każdego znalazła miłe słowo, uśmiech, lub dodatkową butelkę ulubionego trunku.
Remusowi i Aislinn udało się znaleźć dwuosobowy stolik w kącie sali. Otoczeni z jednej strony przez miejscowych czarodziei rozprawiających przy butelce Ognistej o polityce, z drugiej - grających w magicznego pokera, zamówili dla siebie po piwie kremowym. Już po chwili pojawiła się przy nich roześmiana właścicielka niosąc na srebrnej tacy ich napoje. Stawiając butelki na stoliku zapytała z niewinną miną:
- To dzisiaj już ta sobota? A wydawało mi się, że ledwo kilka dni temu was tu widziałam.
Na te słowa Krukonka spłonęła rumieńcem, natomiast Lunatyk roześmiał się beztrosko.
- Postanowiliśmy sobie zrobić własną sobotę, kiedy nie będzie tłoku w "Miotłach". Ale... - rozejrzał się po sali wymownym wzrokiem - chyba nam się nie udało.
- W takim razie w następną waszą sobotę przyjdźcie z samego rana, wtedy nie będzie ludzi - odpowiedziała z przewrotnym uśmiechem odbierając od chłopca monety za zamówienie i kierując się w stronę baru kołysząc ponętnie biodrami. Mijając zajętych kartami czarodziejów mrugnęła do nich - cała Rosmerta.
- Naprawdę nic nie wiedziałeś o tym, że James i Syriusz zamierzają mnie odwiedzić? - zapytała znienacka ciemnowłosa. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że takie drążenie tematu jest, delikatnie mówiąc, irytujące.
- Nie, nie wiedziałem. Faktycznie, wyszli podobno bardzo wcześnie z dormitorium... Ale zupełnie nie dawali po sobie poznać, że wybierają się do waszej wieży. Peter mówił, że najprawdopodobniej poszli na bois... - Urwał, gdy Aislinn złapała go nagle za nadgarstek.
- Remus! Na Merlina, spójrz! - Bardziej domyślił się, niż zrozumiał słowa, z tak silnym akcentem je wypowiedziała. A może to już było po szkocku? Podążył wzrokiem za przestraszonym spojrzeniem Hawick i w tym momencie sam przygryzł wargę zaskoczony. Do gospody wszedł Albus Dumbledore oraz ledwo widoczny znad stolików Filius Flitwick. Właściwie każdego mógł się tu spodziewać, ale nie tych dwoje, nie profesora Zaklęć i dyrektora Hogwartu! Obaj mężczyźni skierowali się w stronę baru, natomiast Lunatyk zsunął się szybko z krzesła, tak że znad blatu stolika wystawała jedynie jego jasnobrązowa czupryna. Po chwili obok niego kucała również Aislinn, oczywiście cała w pąsach.
- Wychodzimy. - Zdecydował po chwili wahania Lupin. Dziękował Merlinowi, że dane mu było zaprzyjaźnić się z Łapą i Rogaczem, dzięki tym siedmiu latom teraz był w stanie zachować zimną krew. - Aż do tamtego stolika, przy którym siedzą te trzy czarownice, idziemy powoli schyleni. A potem biegiem w stronę drzwi, jedno za drugim... To krótka droga, damy radę.
Krukonka kiwnęła głową, była zbyt zestresowana, żeby jeszcze sensownie odpowiadać. Ze zdziwieniem przyglądała się koledze, który wciąż nieotworzone butelki z piwem kremowym schował do kieszeni kurtki. Ten uśmiechnął się do niej łobuzersko, złapał za rękę i ruszył powoli przejściem między krzesłami. Wszyscy byli zbyt zajęci swoimi sprawami przy stolikach, żeby zwrócić uwagę na dwójkę nastolatków zachowujących się, jakby ktoś rzucił ich nieprzygotowanych do okopów na froncie. Kiedy dotarli do ostatniego stolika, wbrew wcześniejszym ustaleniom, ruszyli powoli, cichutko i na paluszkach w stronę wyjścia. Remus uchylił lekko drzwi, na tyle, aby mogli się niepostrzeżenie wyślizgnąć. Drzwi skrzypnęły cicho, kiedy Krukonka z Gryfonem opuszczali z mocno bijącym sercem groźną strefę. Wychodząc nie zauważyli jednak, że ukryte za okularami-połówkami bystre, błękitne oczy starca stojącego przy barze śledzą ich poczynania z rozbawieniem. Po chwili Dumbledore odwrócił się na powrót do właścicielki lokalu.
- Wzięli tylko po jednym piwie kremowym, Rosmerto? Doprawdy, w moich czasach to wręcz nie wypadało - zauważył z uśmiechem, po czym zwrócił się do niziutkiego profesora. - Filiusie, to jak, po dwóch na dobry początek?

- Wracajmy już - poprosiła nieśmiało Aislinn opierając się o drzewo stojące na skwerze, za którym po wyjściu z "Trzech Mioteł" schowali się.
- Nie żartuj, przecież dopiero co przyszliśmy! - oburzył się podnosząc kołnierz za dużej, starej kurtki i próbując się w ten sposób ochronić przed wiatrem hulającym po opustoszałym skwerku w najlepsze.
- Ale możemy natknąć się na dyrektora i Fifiego.
- Przepraszam, kogo? - Remus odkaszlnął starając się nie roześmiać na głos.
Dziewczyna momentalnie zaczerwieniła się zastanawiając się, czy ktoś kiedykolwiek popełnił więcej gaf, niż ona. Jak, przed kimś spoza Ravenclawu, mogła wygadać się jak Krukoni nazywają swojego opiekuna domu?!
- Och, nie wierzę, że wy nie przezywacie jakoś McGonagall! - odpowiedziała z uśmiechem bacznie obserwując drzwi wejściowe "Trzech Mioteł".
- I tu cię zawiodę, bo naprawdę nie nazywamy jej inaczej. - Roześmiał się mrużąc oczy, tak że Aislinn znów nie mogła przestać się w niego wpatrywać. Dopiero kiedy zorientowała się, jak nietaktownym może się to wydać, odwróciła wzrok spłoszona. Równie speszonym okazał się być Lunatyk, gdyż natychmiast przestał się śmiać i rozglądnął po skwerku.
- Chodźmy już, nie będziemy tak marzli na tym wygwizdowiu.
- Do zamku? - zapytała Krukonka z nadzieją, ale już po minie Gryfona wiedziała, że nie ma co liczyć na taki obrót sprawy.
- Nie, zupełnie w przeciwną stronę. Im dalej od dyrektora i... Fifiego, tym lepiej - oświadczył, po czym nie oglądając się na dziewczynę ruszył w stronę jednej z bocznych uliczek Hogsmeade. Kiedy stał już u jej wylotu odwrócił się i uśmiechnął do dziewczyny wołając:
- Dalej, panno Hawick, mamy ograniczony czas.
Odwzajemniła niepewnie uśmiech i już po chwili oboje dreptali brukowaną uliczką prowadzącą na obrzeża miasteczka. Coraz częściej mijali schowane za wysokimi, gęstymi żywopłotami małe domki, które osoba z bujną wyobraźnią byłaby w stanie porównać do piernikowej chatki Baby Jagi. Była to jedna z nielicznych czarownic znanych również w świecie mugoli. Z tą różnicą, że mugole uważali ją za groźną staruchę, którą straszono dzieci, gdy w rzeczywistości była to kobieta, która nigdy nie zwróciła się w stronę czarnej magii; zajmowała się natomiast umilaniem życia małym czarodziejom zapraszając ich do swojego domu i pozwalając go bezkarnie obgryzać.
Aislinn rozglądała się z zaciekawieniem, gdyż zazwyczaj podczas pobytu w Hogsmeade nie zapuszczała się w boczne uliczki, a razem ze znajomymi odwiedzała główne atrakcje wioski, jakimi były między innymi "Trzy Miotły", "Miodowe Królestwo" i "Sklep Zonka". Doszła jednak do wniosku, że te nigdy wcześniej nie odwiedzane tereny są o wiele ciekawsze niż samo centrum. Było w nich coś magicznego, coś nieuchwytnego, niczym dym lecący z kominów owych "piernikowych chatek". A może odczuwała tę atmosferę dzięki towarzyszącemu jej Remusowi, który różnił się zupełnie od jej przyjaciół z Ravenclawu? Krukoni, choć byli takimi samymi nastolatkami jak wszyscy pozostali mieszkańcy Hogwartu, byli o wiele bardziej racjonalni i trzeźwo myślący niż ich rówieśnicy. Rozmyślania te przerwała jednak, gdy tylko zobaczyła mały plac zabaw na końcu alejki. Z radosnym piskiem pobiegła w jego stronę pozostawiając zaskoczonego Lupina na środku uliczki i już po chwili kręciła się na karuzeli śmiejąc się wesoło. Przerwała zabawę dopiero, gdy zaczęło jej się kręcić w głowie.
- Brak mi słów - wykrztusił Gryfon uśmiechając się z zakłopotaniem. - Nie spodziewałem się, że jesteś taka... Taka spontaniczna i beztroska.
- Dziękuję - odpowiedziała rumieniąc się i mnąc kawałek rękawa swojego płaszcza. - Pewnie myślisz, że jestem strasznie dziecinna, ale to wcale nie tak...
- Ale Ais, nie tłumacz się. Ja wcale tak nie myślę, wręcz przeciwnie, uważam, że to urocze! - zaprzeczył energicznie, po czym rozejrzał się po placyku. Po chwili zastanowienia skierował się w stronę huśtawek i usiadł ostrożnie na jednej z nich, nie odrywając jednak stóp od ziemi. Wkrótce na sąsiedniej bujawce pojawiła się Krukonka.
- Masz ochotę na piwo? - zapytał nagle Remus szukając czegoś po kieszeniach, które najwyraźniej zostały magicznie powiększone. - Szczerze mówiąc, te butelki zaczynają mi już ciążyć.
- Oczywiście, chętnie - odpowiedziała ze śmiechem, którego nie była w stanie powstrzymać. Kiedy otrzymała swoje otworzone już piwo stuknęła się z chłopakiem i zaczęła powoli pić.
- Szkoda, że sok dyniowy nie jest butelkowany - stwierdził Gryfon bawiąc się naderwaną etykietką swojego napoju. - Na pierwszym miejscu stoją u mnie exequo herbata i sok właśnie.
- To u mnie na podium znajduje się kakao, a potem długo, długo nic. Niestety, też nie jest butelkowane. Ale zawsze można nauczyć się odpowiednich zaklęć i założyć własną hurtownię - zauważyła wesoło.
- Muszę cię zmartwić, na siódmym roku Flitwick nas nie uczy jak hurtowo butelkować jakiś napój - parsknął śmiechem prawie wypuszczając piwo z rąk.
- Jestem przekonana, że w bibliotece na pewno znajdziemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania, to przecież skarbnica wiedzy. - Tym razem stwierdziła to jednak bez większego przekonania. Zaklęcie butelkujące nie pasowało do żadnego znanego jej działu magii. Zaczęła się lekko kołysać na swojej huśtawce i próbować rozwikłać nurtujący ich problem. Żadne z nich się nie odzywało napawając się tą ciszą, która w żadnym stopniu nie była krępująca. Bujawki lekko skrzypiały, wiatr zawodził w koronach pobliskich drzew rozwiewając jasnobrązowe, niczym pociemniała słoma, włosy Lunatyka oraz rudobrązowe, przypominające kasztan dopiero co wydobyty z łupiny, Ais, po niebie zaś leniwie wędrowały bezkształtne chmury.
- Patrz, gwiazda śpi w butelce! - zawołał nagle Remus wyrywając dziewczynę z zamyślenia. Spojrzała nieprzytomnie najpierw na swoją, opróżnioną ledwo do połowy, a nie widząc tam rzeczonego ciała niebieskiego odwróciła się do sąsiada. Ten trzymał ciemnobrązowe szkło, z którego zdążył już do końca oderwać etykietkę, wysoko nad głową i przyglądał się przez nie niebu. Roześmiała się zaskoczona i również przytknęła swój stras do oczu.
- Moja pływa! - Pokazała mu niewielki świetlisty punkcik kołyszący się w piwie kremowym, który po chwili zniknął, zasłonięty przez chmurę. - O, utopiła się?
Gryfon parsknął, również gubiąc swoją gwiazdę. Nie przypuszczał, że dzisiejsza wyprawa do Hogsmeade okaże się tak zaskakująca. Nie chodziło tylko o spotkanie Dumbledore'a i Flitwicka, ale o sam klimat całego przedsięwzięcia. Znał Aislinn średnio, a i to było stwierdzeniem nieco na wyrost, a mimo to czuł się w jej towarzystwie wyśmienicie. Był spokojny, odprężony i nie czuł potrzeby myślenia o niczym poważnym i frapującym. Gdyby ktoś kazał mu zamknąć oczy i powiedzieć jak wewnętrznie odczuwa ten wieczór, odpowiedziałby, że widzi siebie na zielonej łące w piękny, słoneczny i letni dzień. Żadnego lasu w pobliżu, żadnych małych pomieszczeń wywołujących u niego poczucie klaustrofobii, a zwłaszcza żadnego księżyca!
- Remus... - Tym razem to jego oderwano od przemyśleń. - Chciałabym, żeby ten wieczór trwał bez końca. Mam wrażenie, że czas się zatrzymał i wszystko jest dziś możliwe.
Spojrzał na nią kątem oka. Uśmiechała się lekko zapatrzona w jakiś, znany tylko jej, punkt na horyzoncie i jak zwykle zarumieniona. Śmieszne były jej te rumieńce, które pojawiały się przy byle okazji. Nieraz już widział zaczerwienione dziewczyny, chociażby Lily, którą z początku końskie zaloty Jamesa przede wszystkim onieśmielały, ale żadna nie reagowała w taki sposób jak Krukonka. Teraz, dodatkowo, Hawick mrugała szybko powiekami, jakby coś wpadło jej do oczu.
- Coś się stało? - zapytał z troską.
- Nie, nic - zaprzeczyła szybko, ale zarazem bardzo cicho. - Tata nauczył mnie kiedyś, że jeśli chcesz zapamiętać jakiś obraz, wydarzenie, najlepiej zamknąć oczy na kilka chwil, a potem zacząć szybko mrugać. A ja bardzo chcę zapamiętać ten plac zabaw, ciebie na huśtawce patrzącego na świat przez butelkę piwa kremowego... Chcę to zapamiętać na długo, bardzo długo.
Po długim milczeniu Lupin odezwał się nieśmiało:
- Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, że każdego dnia wszyscy przeżywamy kilka chwil, które są ważniejsze od pozostałych. Jakiś obraz, fragment rozmowy... Na przykład nieznajomy zapyta o drogę albo zaczepi nas jakiś mały pierwszoroczniak. I pamiętamy to do końca życia. Dlaczego właśnie to, a nie coś, co zdarzy się chociażby sekundę później?
Ciemnowłosa milczała porażona głębią tego, z pozoru prostego, pytania. Siedzieli tak bez słowa bawiąc się opróżnionymi butelkami i szukając odpowiedzi w kosmicznej przestrzeni nieba. W końcu Ais odważyła się spojrzeć na towarzysza, co w tym momencie i on postanowił uczynić. Owszem, wcześniej już, rozmawiając ze sobą, patrzyli na siebie, ale nie prosto w oczy. Nie zaglądali sobie w te okna duszy, w których czasem można wyczytać więcej, niż potrafią oddać słowa. Ich oczy spotkały się tak naprawdę po raz pierwszy...
komentarze [92]

sobota, 16 lutego 2008 17:50:21

#4


Równy miesiąc po poprzedniej notce dodaję kolejną - enjoy! A wszystkich tych, którzy chcą być powiadamiani, proszę o zostawienie wpisu w księdze.
I jeszcze mała prośba; jeśli ktoś z Was zna jakąś stronę z dokładnymi opisami i zdjęciami mody lat 70-tych niech podrzuci linka, bo ciężko mi pisać o tamtych czasach nie wiedząc jak właściwie ubierali się ludzie. Zwłaszcza faceci ;)




Remus pomógł wydostać się Aislinn z jamy pomiędzy korzeniami Bijącej Wierzby, po czym szybkim krokiem skierowali się w stronę zamku. Wycieczka do Hogsmeade niespodziewanie przedłużyła się, gdy okazało się, jak wiele mają wspólnych tematów do rozmowy i dopiero ciche chrząknięcia madame Rosmerty sugerujące, że najwyższy czas wyjść, przywróciły ich do świata. Teraz cicho przemykali ciemnymi korytarzami Hogwartu, które tylko tu i ówdzie były rozświetlone pochodniami, a zewsząd docierało do nich pochrapywanie i posapywanie postaci z obrazu. Zamek tonął w mroku, którego jednak nie dało się nazwać nieprzyjemnym.
- Remus, nie musisz mnie odprowadzać aż do samej wieży, naprawdę - szepnęła Ais postępując za Gryfonem.
- Och, przestań, przecież... - Łagodny głos Lunatyka ucichł nagle, gdy chłopak niespodziewanie zderzył się z kimś na zakręcie. Zaczął wyciągać już różdżkę, gdy oboje z Aislinn zostali oślepieni światłem.
- Czy ja śnię, to naprawdę ty Lupin? - Usłyszeli drwiący głos jakiegoś ucznia. Gryfon na jego dźwięk zesztywniał - trudno było nie rozpoznać kim był nieznajomy.
- Snape, co ty tu robisz? Jest już cisza nocna, dobrze wiesz, że regulamin... - Zaczął starając się ukryć drżenie głosu.
Snape? Któż to, u licha, jest? gorączkowo rozmyślała Hawick próbując dostrzec coś więcej niż tylko zarys postaci zza rozświetlonej różdżki.
- Nie bądź śmieszny - syknął przygaszając światło, dzięki czemu Krukonka mogła zidentyfikować obcego. Okazał się nim być wysoki, czarnowłosy chłopak z wyraźnie haczykowatym nosem. Dopiero teraz rozpoznała w nim Severusa ze Slytherinu, słynącego z zamiłowania do Eliksirów i trzymania się z boku. Wydawało jej się, że kilka razy widziała go rozmawiającego z Lily Evans, ale biorąc pod uwagę jej pamięć do twarzy równie dobrze mógł to być zupełnie ktoś inny.
- Nie bądź śmieszny - powtórzył ostro brunet. - Swoim koleżkom pozwalasz łamać regulamin bez przerwy, a masz czelność mnie straszyć odebraniem punktów?
- Oni nie...
- Tak wiem, oni tylko czasem dostają nieuzasadnione szlabany - przerwał mu oschle Ślizgon. - Zajmij się lepiej swoją przyjaciółką z Ravenclawu. Kontynuujcie swoją romantyczną schadzkę, już mnie nie ma. Dobranoc - dodał lodowatym tonem, a po chwili zniknął w mroku korytarza.
Resztę drogi do wieży Krukonów para przemierzyła w zupełnym milczeniu.

- Rogacz, wstawaj! - James poczuł przez sen, jak ktoś go szarpie za nogę, ale nic sobie z tego nie robiąc przewrócił się spokojnie na drugi bok.
Syriusz zatrząsł się ze złości. Doskonale wiedział, że Potter uwielbia spać, ale po siedmiu latach nadal tracił cierpliwość, gdy przychodziło mu budzić przyjaciela. Odgarnął włosy z oczu i zabrawszy najpierw kołdrę skierował różdżkę na Gryfona. Strumień zimnej wody natychmiast zalał śpiącego i jego posłanie.
- Black, chcesz oberwać Niewybaczalnym?! - wrzasnął James zrywając się z łóżka i próbując uciec przed lodowatą wodą. - Niech no tylko znajdę swoją różdżkę!
- Uspokój się - parsknął Syriusz pokładając się ze śmiechu na dywanie i przy okazji samemu opryskując się wodą. - Doprowadź się do porządku i idziemy.
- Łapa, na Merlina, przecież to jest środek nocy! - jęknął Gryfon zakładając okulary i ze zgrozą przyglądając się dopiero co wschodzącemu za oknem słońcu. Widząc jednak minę przyjaciela zaczął niemrawo naciągać na siebie pomięte, materiałowe spodnie. Chwilę później, trzymany przez Syriusza za ramię, wychodził z nim już z wieży Gryffindoru.
- Możesz mi chociaż powiedzieć, gdzie właściwie idziemy? - zapytał czochrając swoje czarne włosy i jeszcze bardziej upodabniając je do wroniego gniazda. - A zajdziemy na chwilę do Wielkiej Sali, bo umieram z głodu?
- Nie - burknął Syriusz. - Nie mamy czasu.
- Nie mogłeś wziąć ze sobą Remusa?
- Rogacz, przecież to o niego chodzi! Widziałeś, o której on wczoraj wrócił? Widziałeś jak się zachowywał? Czy ty wiesz w ogóle z kim on był?
- No... z Aislinn, wrócił gdzieś koło drugiej - stwierdził beztrosko James podciągając opadające spodnie i uśmiechając się do jakiegoś portretu, na którym jakaś szacowna para książęca spożywała śniadanie.
- Teraz już wiem, dlaczego Lily zainteresowała się tobą dopiero teraz - jęknął Black wznosząc oczy ku niebu. A raczej wysokiemu sklepieniu, które o tej porze dnia ginęło jeszcze w mroku. - Nadal nie widzisz w tym nic niepokojącego?
- Ja jestem zajęty, ty też, nikt jej Lunatykowi nie odbije...
Łapa wydał jakiś nieokreślony dźwięk, który przypominał ryk słonia indyjskiego i ostatkiem sił powstrzymał się przed wyszarpywaniem sobie włosów z głowy. Kto go w ogóle przyjął do Hogwartu?!
Kiedy się już uspokoił, bez słowa pociągnął przyjaciela za rękaw i ruszył w stronę wieży Ravenclawu rozglądając się z ciekawością po kamiennych murach. Rzadko kiedy miał czas przyjrzeć się ścianom w tej części zamku, bo jeśli już tu bywał to najczęściej nielegalnie, po ciszy nocnej. Lub przygotowując kolejny psikus - wtedy razem z Rogaczem musieli być przede wszystkim czujni i skupieni na swojej robocie, a nie oglądać korytarze. A było co oglądać! Co rusz na ścianie pojawiały się obrazy, głównie portrety, przedstawiające znane osobistości sprzed wielu lat. Większość podpisów dawno zatarł już czas, ale żądny wiedzy uczeń mógł zawsze zwrócić się do jednego ze szkolnych duchów lub, bezpośrednio, do osoby sportretowanej. Poza malowidłami można było się natknąć również na zaśniedziałe zbroje broniące dostępu już tylko do licznych schowków i niezagospodarowanych sal oraz dumne popiersia odzwierciedlające sławne czarownice i czarowników. W przeciwieństwie do obrazów, popiersia odzywały się rzadko kiedy, dlatego wiele osób, w tym również sam Syriusz, zaczęło uważać, że pomniki w niczym nie różnią się od tych mugolskich.
- O co ci właściwie chodzi, Black? - zapytał nagle James. - Zazdrość cię bierze, że komuś się podoba Lunatyk, a nie ty? A może nie układa ci się z Joyce i ta Krukonka jest twoim nowym obiektem westchnień?
- Oberwiesz Niewybaczalnym...
- A, czyli jednak ci się nie układa.
- To nie ma nic do rzeczy, nie rób ze mnie cholernego amanta, którym nie jestem - parsknął gniewnie Syriusz. - Czy ty nie widzisz, że Remus jest nieostrożny? Zapatrzony w Aislinn pokazał
jej przejście do Wrzeszczącej Chaty. Do Wrzeszczącej Chaty! Czy ty naprawdę nie pojmujesz, co to znaczy? A co jeśli podczas pełni zamarzy jej się pójście do Hogsmeade? Narazi nie tylko siebie na niebezpieczeństwo, ale też nas wszystkich!
Rogacz podrapał się po głowie i zatrzymał się. Przez chwilę milczał wpatrując się w skupieniu w dumne popiersie Ignatii Wildsmith, która stworzyła proszek Fiuu. Czarownica miała przymknięte marmurowe oczy spoglądające gdzieś w bok. James przez chwilę próbował odkryć gdzie właściwie pradawna Wildsmith kieruje swoje marmurowe spojrzenie, po czym odwrócił się z powrotem do przyjaciela.
- I jak masz zamiar temu zapobiec? Pójdziemy do niej i powiemy "hej Ais, ty lubisz Remusa, my też go lubimy, więc nie chodź nigdy do Wrzeszczącej Chaty"? Czy ty przemyślałeś to w ogóle?
- Tak... To znaczy nie... Nie wiem, Rogacz. Po prostu nie chcę, żeby ktoś dowiedział się o dolegliwości Lunatyka - odpowiedział spokojnie błądząc wzrokiem po korytarzu, ale cały czas omijając twarz kumpla.
- Łapa, Łapa - Potter roześmiał się cicho - możesz oszukiwać Remusa i Petera, możesz nawet siebie jeśli chcesz, ale mnie nie próbuj. Tu nie chodzi tylko o Lupina, ale też o Hawick i ciebie, przyznaj.
W tym momencie Syriusz wyglądał naprawdę żałośnie. Nie mogły ukryć tego nawet ciemne, sztruksowe spodnie o kroju dzwonów, czerwona koszulka z napisem "I'm a lion!" ani długie, modnie obcięte włosy przysłaniające szare oczy. Opuścił ramiona w geście bezsilności i zacisnął mocno powieki. Nagle zniknęła gdzieś jego wrodzona elegancja, wyniosłość i arystokratyczność - cechy, które sprawiały że Black był tym, kim był. Przez jakiś czas stał nieruchomo tak, jak Ignatia, by w końcu podnieść wzrok na Jamesa.
- Czuję się jak idiota, Rogacz. Z jednej strony nie mogę przestać o niej myśleć, a z drugiej do szału doprowadza mnie to, że ona ciągle siedzi w mojej głowie. Kiedy spędzam czas z Joyce cały czas zastanawiam się, jakby to wyglądało, gdyby na jej miejscu była ona. Raz cieszę się, że Lunatyk wreszcie poznał wartościową, przesympatyczną dziewczynę, a innym razem mam ochotę zdzielić różdżką ten jego jasnowłosy łeb. Co się ze mną dzieje?
- Stary... To jakiś kolejny dowcip, czy mówisz poważnie? - zapytał zdezorientowany Potter. Takie zachowanie nie było w stylu jego przyjaciela.
- Poważnie.
- Ty się zakochałeś - stwierdził wstrząśnięty James poprawiając spadające okulary. Nie wiedział co powiedzieć w tej sytuacji, jak doradzić, jak pocieszyć.
- Daj spokój. Nie można tak po jednym spotkaniu oszaleć z miłości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Joyce nie było żadnego wielkiego bum...
- Bo widzisz, Łapa, ty byłeś zauroczony Joyce. Tak jak byłeś zauroczony swoimi dwiema poprzednimi dziewczynami. A zauroczenie mija szybko, więc twoje związki też szybko się kończą.
- Przecież ja mam dopiero dziewiętnaście lat, jestem za młody na zakochiwanie!
Na dziewiętnaście to musisz jeszcze trochę poczekać, staruszku...
- Może to też tylko zauroczenie i szybko ci przejdzie? - stwierdził niepewnie Gryfon. Nie chciał mówić Łapie, że to samo czuł, gdy poznał Lily. Co prawda miał wtedy ledwo jedenaście lat, ale objawy były podobne i utrzymywały się przez dobrych kilka lat. Nawet do dzisiaj.
- Pomyśl o tym, żeby zostać psychomagiem, dobrze ci idzie - burknął Syriusz, a po chwili klepnął Rogacza po plecach i roześmiał się nerwowo. - Lunatyk z Glizdogonem pewnie spetryfikowaliby się ze śmiechu, gdyby to usłyszeli... Nieważne, nie było tej rozmowy, miejmy wreszcie za sobą tę wizytę u Krukonów.
- Jasne - przytaknął Potter i ruszył za przyjacielem, który znów był tym samym nonszalanckim i beztroskim Blackiem, co zwykle. Gdyby ktoś spotkał go teraz nigdy w życiu by nie uwierzył, że kilka minut temu ten Gryfon otwarcie i poważnie mówił o swoich uczuciach. Właściwie do Jamesa też z trudem docierało to, co niedawno wydarzyło się na jednym z korytarzy Hogwartu.
W końcu dotarli pod wieżę Ravenclawu, do której wejścia broniły duże, masywne drzwi. Generalnie nie różniłyby się od innych tego typu wejść, gdyby nie to, że nie posiadały ani klamki, ani dziurki od klucza. Mahoniową powierzchnię przyozdabiała jedynie duża mosiężna kołatka w kształcie orła łypiącego podejrzliwie na przybyłych chłopców, którzy stanęli w niewielkiej odległości od drzwi.
- I co teraz? - szepnął okularnik pocierając nerwowo czoło. - Oni nie mają przecież hasła...
- Wystarczy odpowiedzieć na pytanie. Idź, Rogacz, jak to ptaszysko cię zobaczy, od razu zada jakieś banalne pytanie - zachichotał Syriusz.
- Sam idź! Twój wdzięk i powab powali kołatkę tak, że zapyta cię tylko o imię - odpowiedział urażony.
- Potter, ty tchórzu - syknął Łapa, po czym z uśmiechem ruszył w stronę mosiężnej głowy orła. Kołatka znów łypnęła ptasim okiem, po czym odezwała się skrzypiącym głosem:
- Podaj datę ostatniego buntu goblinów, który miał miejsce w Anglii.
- Pozwolisz, że chwilę się zastanowię? - Uśmiechnął się olśniewająco, co jednak nie zrobiło na orle najmniejszego wrażenia. - Rogaty, ratuj!
- Skąd ja mam to wiedzieć? Wiesz przecież, że odkąd przyszedłem do tej szkoły śpię na każdej lekcji historii.
- W sumie to tak jak ja - mruknął ni to do siebie, ni do przyjaciela Black, jednocześnie dyskretnie wycofując się w kierunku Jamesa. Kiedy dotarł już na miejsce wykrzywił się i pokazał język kołatce, która tego zobaczyć jednak nie mogła. - Cholerne żelastwo. Co teraz robimy?
- Spróbuj jeszcze raz, może zada ci inne pytanie?
- Hej, ja już się wygłupiłem, teraz twoja kolej - Wyszczerzył zęby czarnowłosy i popchnął przyjaciela w stronę wrogich drzwi. Potter potknął się o wciąż opadające spodnie i ostatecznie wylądował z nosem tuż przed mosiężnym orłem.
- Eeee... cześć? - Uśmiechnął się podnosząc się i otrzepując kolana. - Możesz mi zadać pytanie?
- Ile dni należy dusić muchy siatkoskrzydłe, aby nadawały się one, jako składniki, do Eliksiru Wielosokowego?
Dlaczego nie ma tu z nami Lily? Ona na pewno by to wiedziała westchnął i oglądnął się na stojącego przy schodach przyjaciela. Po jego minie jednak poznał, że i na to pytanie nie odpowiedzą.
- Czy możesz powtórzyć pytanie?
- Ile dni należy dusić muchy siatkoskrzydłe, aby nadawały się one, jako składniki, do Eliksiru Wielosokowego? - skrzypnęła ponownie kołatka tym samym, obojętnym tonem.
- Dwadzieścia jeden, Omega. Doprawdy, śmieszne pytania dziś zadajesz - zauważył wesoło czyjś dziewczęcy głos. Chłopcy, jakby na zawołanie, równocześnie odwrócili się, zobaczyć kim jest nieznajoma. A okazała się nią być Frances Stine, przyjaciółka Aislinn. Na pierwszy rzut oka trudno było uznać ją za Krukonkę, na dodatek z szóstego roku. Była drobniutka i niziutka, a w owej chwili wręcz niewidoczna za stertą podręczników, które ze sobą taszczyła. Wrażenie przeciętności i infantylności potęgowała dziecinna twarzyczka z uroczymi dołeczkami i pulchnymi policzkami oraz mysiego koloru, proste włosy sięgające pasa. Nie pomagało nawet noszenie najmodniejszych strojów - Fran zawsze wyglądała na naiwną, niewyróżniającą się z tłumu czternastolatkę. Jej jedynym zauważalnym atutem były fiołkowe oczy, które dziewczyna odziedziczyła po przodkach ze strony matki.
- W czymś wam pomóc? - zapytała widząc przyglądających się jej intensywnie Gryfonów. Kiedy dotarło do niej, że Potter ma na sobie jedynie spodnie spuściła skromnie oczy i powtarzała sobie w duchu, że już się w nim odkochała. Rumieńców, które wykwitły na jej twarzy jednak nie udało się ukryć.
- Chcieliśmy odwiedzić Ais Hawick, panienko. Niestety, to ptaszysko zadawało zbyt trudne pytania. Na szczęście trafiliśmy na ciebie, inteligentna dziewczynko - odpowiedział wesoło Syriusz. Choć była ubrana w modny czarny sweter do połowy uda, połyskliwe legginsy w panterkę i buty na koturnie nie mógł przestać traktować jej jak dziecko.
- Trudne pytania? - Roześmiała się głośno podchodząc do drzwi, które natychmiast się przed nią otworzyły. - Dobry żart...
Żaden z chłopców nie raczył tłumaczyć jej, że wbrew pozorom to nie jest ich kolejny dowcip.
- Zatem wiesz, która to Hawick? Możesz ją poprosić, żeby wyszła tutaj do nas? - powtórzył pytanie Black przybierając minę i pozę cierpliwego człowieka, który w życiu widział i przeżył już wszystko.
- Tak się składa, że mieszkam z nią w jednym dormitorium...
Rogacz z Łapą popatrzyli na siebie wymownie. ONA jest równolatką Aislinn?! Ona ma szesnaście lat?! Stary, to przecież niemożliwe! zdawały się mówić ich miny. Frances dostrzegła to, ale nie czuła potrzeby potwierdzania ich domysłów. Bardziej interesowało ją dlaczego dwóch najważniejszych Huncwotów pragnie spotkać się z jej przyjaciółką z samego rana tak bardzo, że aż próbują pokonać Omegę, jak pieszczotliwie określana była przez Krukonów orla kołatka.
- A nie lepiej, żebyście po prostu weszli ze mną do środka? U nas jest o wiele cieplej niż tutaj - dodała, przez moment patrząc wymownie na Pottera, który roześmiał się widząc jej minę.
- Skoro mamy pozwolenie, to z chęcią skorzystamy z zaproszenia. Kolejna taka okazja szybko się nie trafi - stwierdził swobodnie Black łapiąc przyjaciela za łokieć i posłusznie kierując się za niepozorną Stine. Oraz zastanawiając się, co właściwie powie Aislinn i jak wytłumaczy ich nagłą wizytę...
komentarze [31]

środa, 16 stycznia 2008 19:43:40

#3


Po dłuuugiej nieobecności, za którą bardzo przepraszam dodaję kolejną część. Bez zbędnego wstępu - zapraszam do szczerych opinii ;)

Dni mijały spokojnie. Aislinn, tak jak większość Krukonów, spędzała je na lekcjach, nauce i przesiadywaniu w bibliotece. Wieczorami zaś musiała znosić wścibskie pytania przyjaciółek, czy przypadkiem nie spotkała może któregoś z Huncwotów, oraz pesymistyczne wizje Ophelii dotyczące końca świata. Chambers wieściła go co roku, odkąd tylko przybyła do Hogwartu. Tym razem uważała, że będzie to sprawka diabolicznego Lorda Voldemorta, co pozostałe dziewczęta kwitowały nerwowym chichotem. Wzmianki o rzeczonym magu pojawiały się w Proroku Codziennym coraz częściej i przybierały coraz bardziej ponury ton. Coraz trudniej było udawać, że nic się nie dzieje - gwałtownie wzrosła liczba ataków na czarodziejów półkrwi oraz, przede wszystkim, pochodzących z rodzin niemagicznych.
- Jesteśmy w Hogwarcie, to najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Dumbledore o to zadba - mruknęła pewnego razu Maud, ale w jej głosie było słychać powątpiewanie. Tak jak pozostali Krukoni ceniła dyrektora szkoły za jego wiedzę, doświadczenie i osiągnięcia, nie podzielała jednak bezwarunkowego zachwytu Gryfonów. Od czwartej klasy, kiedy zaczęła już patrzeć na otaczający ją świat bardziej dorośle uważała, że wiekowy czarodziej jest doskonałym manipulatorem. Miało minąć jeszcze wiele, wiele lat nim okazało się, że podejrzenia nic nie znaczącej w późniejszej historii Krukonki okazały się słuszne.
Tymczasem Ais starała się nie zaprzątać swojej głowy problemami, ani mrocznymi wizjami. Uważała, że nasilające się ataki nie są jeszcze jednoznaczną oznaką zalążka wojny. Jako pasjonatka historii co wieczór przytaczała fakty, które miały uspokoić zarówno ją samą, jak i pozostałe współlokatorki. I udawało jej się, na szczęście.

Panna Hawick kolejne popołudnie spędzała w bibliotece. Tym razem szukała pomocnych informacji do pracy domowej z Transmutacji, ale póki co efekty były marne. Z irytacją kartkowała niewielką broszurką żądając od Merlina, aby właśnie tu znalazł się potrzebny fakt, bez którego nie była w stanie ruszyć ze swoim zadaniem dalej.
- Cześć. - Usłyszała nad sobą czyjś cichy, a zarazem ciepły głos. Uniosła głowę chcąc sprawdzić kto odważył się zakłócić jej święte chwile w bibliotece. Znajomi wiedzieli, że Aislinn w hogwarckim przybytku wiedzy staje się wybitnie nietowarzyska, nierozmowna i nieprzyjemna.
- Czyżbym przeszkadzał? - Głos należący do Remusa Lupina, wyraźnie pobrzmiewał troską, ale i lekkim rozbawieniem. Większość mieszkańców Ravenclawu wyglądała naprawdę pociesznie podczas nauki.
- Skądże - odparła zdenerwowana przerzucając kolejną stroniczkę książki i prawie wyrywając ją z okładki. - Może dzięki tobie jednak rozwiążę to zadanie.
- Jeśli tylko powiesz mi o co chodzi spróbuję pomóc - odpowiedział łagodnie siadając na sąsiednim krześle i odkładając na stolik dwa grube tomy. Ais bez słowa wyciągnęła zapisany do połowy pergamin przed twarz Remusa. Chłopak uśmiechnął się niepewnie, po czym przeczytał temat i dotychczas powstałą treść wypracowania.
- Tak, McGonagall zawsze potrafiła zadać trudne prace...
- To nie jest trudne - przerwała mu brutalnie Krukonka poprawiając okulary, które jak zwykle zsunęły się jej z nosa. - Ja tylko nie mam argumentu podpierającego moje rozumowanie. Bez tego nie jestem ani pewna, że jest prawidłowe, ani nie mam dowodu na to, że jest sensowne.
- Poczekaj chwilę, zaraz przyniosę ci coś, co powinno pomóc - rzucił z rozbawieniem znikając między regałami. Aislinn burknęła tylko i zaczęła raz jeszcze czytać swoją pracę. Nie zauważyła nawet, kiedy Gryfon znów usiadł koło niej uśmiechając się triumfalnie.
- No więc? Czym jest to pomocne coś?
- Strona czterysta dwudziesta, cały rozdział - odpowiedział pogodnie nie zważając na naburmuszony ton i podał jej ogromny tom, po czym podparł brodę rękoma i przyglądał się jej z ciekawością.
A było na co popatrzeć! Dziewczyna kilkanaście razy przebiegła wzrokiem okładkę nie dowierzając. Prawdziwa i oryginalna Transmutacya Perry'ego znajdowała się w jej dłoniach. To renesansowe dzieło było uważane za najlepszy podręcznik, jaki się dotychczas pojawił - jednak ze względu na archaiczny język od lat nie znajdował się w kanonie lektur. Do tego była to bardzo rzadka książka i zdobycie jej graniczyło z cudem. A teraz ten cud się zdarzył, Merlin jednak jej wysłuchał. Otworzyła księgę na podanej stronie i znów mile się zaskoczyła. Cały rozdział dotyczył dokładnie tego problemu, z którym próbowała się uporać.
- Dziękuję - wydusiła w końcu gładząc z czułością brzeg książki. - Gdyby nie ty, chyba po raz pierwszy nie odrobiłabym pracy domowej.
- Na pewno w końcu byś na to wpadła - odpowiedział lekko Lupin. - W końcu jesteś Krukonką, tam przecież trafiają naprawdę inteligentne osoby.
- Nie wierz w ten stereotyp - mruknęła nieuważnie pochłaniając z szybkością błyskawicy treść rozdziału. Po chwili już zapisywała pergamin swoim drobnym, kanciastym pismem zupełnie zapominając o obecności Remusa. Ten natomiast, odgarnąwszy swoje jasnobrązowe i przydługie włosy z oczu, zajął się lekturą jednego ze swoich wielkich tomów.
Dopiero kiedy zaczęło się ściemniać Aislinn odłożyła pióro i z zaskoczeniem odkryła, że Gryfon nadal siedzi przy jej stoliku.
- Co ty tu jeszcze robisz? - zapytała poprawiając okulary.
- Czekam na ciebie - odparł z uśmiechem zamykając książkę. - Zauważyłem, że ostatnio ciągle przesiadujesz w bibliotece i to odbija się na twoim zdrowiu.
- Jak to? - Ciemnowłosa spoglądała na Remusa z mieszanką przerażenia, niedowierzania i rozbawienia.
- Jesteś blada. I schudłaś - stwierdził lakonicznie, na co Ais oblała się ciemnym rumieńcem. - Przyznaj się, kiedy ostatnio jadłaś porządną kolację?
- Ja... To znaczy... Nie wiem, może w zeszły wtorek? - odpowiedziała speszona.
- A kiedy byłaś na świeżym powietrzu? Siedzenie w oknie, ani spacer do szklarni się nie liczy.
- Na początku roku, jak była burza - przyznała się skruszona. - Ale...
- No widzisz, nie dbasz o siebie. Taka inteligentna, a zapomina o podstawowych rzeczach. - Uśmiechnął się pobłażliwie, po czym wstał od stołu i sięgnął po swoje książki. - Zbieraj się, Aislinn, czeka nas dzisiaj pracowity wieczór.
- Jak to? - zapytała dziecinnie, ale mimo wszystko zaczęła posłusznie składać swoje przybory. Cenną książkę z największą delikatnością oddała Gryfonowi przykazując sobie w myślach, aby przy nadarzającej się okazji spytać go, gdzie znajduje się ten skarb. Posiadać w bibliotece podręcznik Perry'ego i nie przeczytać go, toż to niemożliwe!
- Musimy zadbać o twoje zdrowie, tylko najpierw odniesiemy nasze rzeczy do dormitoriów. Dzisiaj nie czas na siłownię. - Roześmiał się oddalając się w głąb biblioteki w celu odłożenia księgi na miejsce.
Krukonka w ostatniej chwili powstrzymała się przed zadaniem po raz kolejny pytania "jak to", zamiast tego znów się zarumieniła i szybko spakowała swoje rzeczy do torby. Nie wiedziała co o tym myśleć, troska Remusa zupełnie ją zaskoczyła. Owszem, przyjaciółki dbały o nią, o jej samopoczucie, ale wśród Krukonów na zdrowie zwracano uwagę tylko wtedy, gdy uniemożliwiało to naukę.
Przecież my się prawie w ogóle nie znamy, skąd on może wiedzieć czy jestem bledsza lub chudsza?
Z zamyślenia wyrwał ją pogodny głos chłopaka.
- Gotowa? W takim razie idziemy, najpierw do Wielkiej Sali, musimy coś przekąsić. - To powiedziawszy przepuścił ją przed sobą w wąskim przejściu między stolikami i ruszył za nią, ku wyjściu.
Kiedy schodzili po schodach ciemnowłosa odważyła się wreszcie odezwać:
- Remus... Powiedz mi, dlaczego to robisz? - zapytała mnąc pasek od torby.
Spojrzał na nią zaskoczony, jakby takiego pytania się nie spodziewał i nie wiedział jak ma na nie odpowiedzieć. Po chwili jednak uśmiechnął się z rozbawieniem i odpowiedział, jak gdyby nigdy nic.
- Polubiłem cię, po prostu. A że Gryfoni są szlachetni, postanowiłem zrobić coś dla ciebie i odciągnąć cię czasem od nauki, co wyjdzie ci na zdrowie.
- Ale przecież my się w ogóle nie znamy - powiedziała, zanim pomyślała. Kiedy dotarło do niej, jaką popełniła gafę zakryła usta dłonią i zarumieniła się, jak zwykle.
- Przepraszam, nie to miałam na myśli.
- Nic nie szkodzi, przecież właściwie masz rację - odpowiedział beztrosko, jednak jego wzrok mówił zupełnie co innego. - Wiesz, rzadko zdarza mi się poznać kogoś nowego, kto nie traktuje mnie jako ogniwa umożliwiającego znajomość z Syriuszem i Jamesem. Ty wydajesz się być nimi zupełnie niezainteresowana, dlatego pomyślałem...
- Chyba siebie nie doceniasz - stwierdziła poprawiając swoją znoszoną torbę. - I do tego przeceniasz renomę Blacka i Pottera. Myślę, że wiele osób, które znasz przyjaźni się z tobą ze względu na ciebie samego. Bo ciebie nie można nie lubić! - dodała spontanicznie.
- Dziękuję, Aislinn. Co prawda nie do końca się z tobą zgadzam, ale dyskusje zostawimy na inną okazję. Teraz masz się zrelaksować i nie myśleć o nauce.
- Hej, Krukoni nie myślą tylko o nauce, nie wierz w takie bzdury. - Dziewczyna obruszyła się i przyspieszyła nieco kroku. Odgłos stukania jej pantofli rozbrzmiewał echem po przestronnym korytarzu prowadzącym do szkolnej jadalni.
- A w moim przypadku gryfońska szlachetność i odwaga są jak najbardziej na miejscu. - Roześmiał się mrużąc zabawnie oczy. Aislinn doszła do wniosku, że bardzo mu z tymi zmrużonymi wesoło oczyma do twarzy.
Wchodząc do Wielkiej Sali przy stole Gryffindoru dostrzegli Jamesa i Lily. Remus natychmiast skierował kroki w tamtą stronę; Hawick nie pozostawało nic innego jak ruszyć za nim. Od sześciu lat, niezmiennie, zachwycała się tą komnatą. Choć w całym zamku można było wyczuć atmosferę magii, tylko tutaj było ona wręcz namacalna. Tym razem sufit zasnuwały ciężkie, deszczowe chmury i tylko gdzieniegdzie można było dostrzec kilka gwiazd.
- Lunatyk! - James pomachał koledze wesoło i uśmiechnął się szeroko. Aislinn stwierdziła, że swój humor zawdzięcza przede wszystkim obecności rudowłosej. Krukonka dotychczas uważała, że nastolatek nie potrafi być zakochany w drugiej osobie bezwarunkowo, jednak Potter reprezentował sobą coś zgoła odmiennego. Pytanie tylko, czy obalał mit, czy był wyjątkiem potwierdzającym regułę.
- Też zgłodnieliście, jak my? - zapytał radośnie Gryfon podsuwając nowoprzybyłym na wpół opróżniony talerz z kanapkami i dzbanek z parującą herbatą.
- Też - odparł lakonicznie Remus sięgając po kanapkę. - Ais, dalej, bez tego nie ruszymy się nigdzie dalej...
Lily przyglądała się z zaskoczeniem, jak ich młodsza znajoma z rozbawieniem posłusznie sięga po największą kanapkę i zaczyna ją powoli jeść. Z jeszcze większym zdziwieniem przyglądała się Lupinowi, który dosłownie urósł w oczach widząc, że ktoś zrobił to, o co poprosił - tak po prostu, jak gdyby nigdy nic.
- Wybieracie się gdzieś jeszcze? - zapytała po chwili rudowłosa.
- Postanowiliśmy pooddychać trochę świeżym powietrzem nieco dłużej niż w drodze do i ze szklarni.
- Świetny pomysł, my właśnie wróciliśmy ze spaceru po błoniach. - James poklepał przyjaciela po ramieniu wyrażając tym samym swoją aprobatę. Co prawda, poza Lily świata nie widział, ale jeszcze potrafił zauważyć, że ten plan sprawia Remusowi mnóstwo radości.
- Tylko nie idźcie nad jezioro, bo wam głowy pourywa - dodała pogodnie Gryfonka.
- Nie, my z Aislinn wybieramy się do Hogsmeade - odparł wesoło Lupin. - Będziemy się trzymać z dala od wszelkiej wody powierzchniowej.
- Jak to? - zapytała Evans równocześnie z Krukonką. Aislinn wyglądała na totalnie zaskoczoną, Lily - na zdenerwowaną.
- Jak to? - powtórzyła rudowłosa mrużąc oczy i zsuwając jednym ruchem dłoni rękę Pottera ze swojego ramienia. - Remus, przecież wiesz, że to niedozwolone. Jesteś prefektem, powinieneś przestrzegać zasad. Jak was złapią...
- Nie złapią nas, zaufaj mi Lily - przerwał jej łagodnie Gryfon.
- Hej, kochanie, nie chcesz chyba nam powiedzieć, że ty nigdy nie złamałaś zasad? - zapytał Rogacz z łobuzerskim uśmiechem.
Hawick była tak zdezorientowana, że tylko przerzucała swój wzrok, niczym piłeczka pingpongowa, z jednego rozmówcy na drugiego. Evans natomiast oblała się rumieńcem, zmarszczyła groźnie brwi, po czym wybuchła śmiechem. kiedy się już uspokoiła pogroziła palcem Gryfonowi i z szerokim uśmiechem stwierdziła:
- Uważaj, Potter, żeby miarka się nie przebrała. Bo wtedy potraktuję cię jakimś wybitnie nieprzyjemnym eliksirem.
- Ale to przecież byłoby wbrew zasadom - stwierdziła z pozornie nierozsądną miną Aislinn, po czym roześmiała się. Wkrótce cała czwórka zalała Wielką Salę falą wesołego, młodzieńczego śmiechu.
Jakiś czas później Ais wraz z Remusem opuścili dziedziniec zamku i skierowali się w stronę Bijącej Wierzby. Na pytanie Krukonki, dlaczego idą akurat tam, Lupin uśmiechnął się tajemniczo i odpowiedział jedynie "zobaczysz". Kiedy byli już na miejscu, Gryfon nakazując dziewczynie nie ruszać się z miejsca ostrożnie podszedł do drzewa i wprawnym ruchem różdżki unieruchomił je.
- Ale... Jak ty to zrobiłeś, Remus? - zapytała zszokowana przyglądając się Wierzbie, która była jakby skamieniała. - Przecież... Przecież nigdzie nie zostało napisane, jak unieruchomić takie rośliny?!
- Bo ona jest nietypowa - odpowiedział wesoło wskazując ruchem głowy na drzewo. - Ale nie próbuj tego powtarzać, może się to źle dla ciebie skończyć.
- A ty? - spytała buńczucznie odgarniając z twarzy niesforne kosmyki. - Ty mogłeś próbować i narażać swoje życie?
- Aislinn - Remus, zanim się zastanowił, pogłaskał ją lekko po włosach - to James i Syriusz narażali swoje życia. A oni są nieśmiertelni, więc postanowili zaryzykować.
- Kapuściane łby - burknęła wywołując tym śmiech chłopca.
- Ze złością też ci do twarzy, ale już się nie denerwuj. Chodź, Hogsmeade nie będzie na nas czekało wiecznie. - Podszedł pod pień Wierzby i Aislinn dopiero teraz dostrzegła, że między korzeniami znajduje się ni to nora, ni tunel.
- Tędy? - zapytała cicho. Właściwie nie wiedziała co ma o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony cieszyła się na to nieplanowane odetchnięcie od nauki, z drugiej trochę lękała, bo szła z Gryfonem, którego właściwie nie znała, a do tego... po prostu łamała regulamin.
- Zapraszam panią, proszę uważać, może być ślisko. - Lunatyk podał Krukonce rękę chcąc uchronić ją przed ześlizgnięciem się do jamy. Po chwili oboje zniknęli niezauważenie w czarnej dziurze.
komentarze [25]

piątek, 11 stycznia 2008 15:44:10
Wrócę, wrócę, żeby nie wiem co. Tylko czasu brak, a i Wena nieco szwankuje. Ale wrócę, cierpliwości. Wróci też cała zgraja prosto z Hogwartu, z Huncwotami, Aislinn i Lily na czele.
Tylko dajcie mi czasu. Albo sprawcie, żeby doba miała 48 godzin, a tydzień 14 dni. A wtedy notka będzie codziennie.
komentarze [1]

środa, 19 września 2007 16:21:35

#2


Pierwsze koty za płoty. Pierwszy rozdział za mną, czas na drugi. Wstępnie miał już opisywać kolejne dni, ale wówczas wyszedłby jakiś epos, a nie rozdział. Nie do końca jestem usatysfakcjonowana tym, co wyszło, ale... Praktyka czyni mistrza - z czasem będzie lepiej, prawda?
Chciałam jeszcze poprosić, żeby osoby, które chcą otrzymywać powiadomienia o nowych notkach wpisywały się do księgi, będzie mi wygodniej.
A teraz - smacznego ;)



W czasie drogi żadne z czwórki pasażerów nie odzywało się. Aislinn była onieśmielona, w końcu nie co dzień jedzie się z trójką sławetnych Huncwotów, zaś Syriusz, James i Peter taktownie nie zagadywali Krukonki widząc jej zdenerwowanie.
W pewnym momencie dostrzegli, że wyprzedza ich jakiś powóz, w którym siedzi przyglądający im się ciemnowłosy chłopiec. Jego mina wskazywała, że jest kompletnie zaskoczony.
- A temu co? - burknął Black kątem oka przyglądając się nieznajomemu.
- Przecież to Hawick... - zauważył Peter siedzący tyłem do kierunku jazdy i najwyraźniej nie czujący się z tym zbyt komfortowo. Był jeszcze bledszy niż zwykle, jednak Ais stwierdziła, że to i tak lepsze, niż bycie zielonym. Dopiero po chwili dotarło do niej, co powiedział jej współpasażer.
- Liam? Gdzie? - Rozejrzała się nieprzytomnie dookoła, w końcu natrafiając wzrokiem na sąsiedni powóz. Kiedy rozpoznała brata pomachała mu wesoło, na co ten odpowiedział tym samym gestem, jednocześnie rzucając jej wymowne spojrzenie.
No tak, na pewno zbulwersował go fakt, że przebywam w takim towarzystwie. W końcu zna ich o wiele lepiej niż ja pomyślała z rozbawieniem owijając się szczelniej granatowym swetrem, który narzuciła na wierzchnią szatę. Nie dość, że padał deszcz, to jeszcze zrobiło się zimno - prawdziwy brytyjski wrzesień.
- Eee... Hawick to twój brat, tak? - Raczej stwierdził, niż zapytał Potter spoglądając na tył oddalającego się coraz szybciej powozu.
- Rogacz, dzisiaj jesteś wyjątkowo błyskotliwy. Spotkania z Lily naprawdę działają na ciebie zbawiennie - stwierdził z krzywym uśmiechem Syriusz. Widać było, że coś go gryzie. Humor, którym tryskał w przedziale pociągu zniknął bezpowrotnie zastąpiony przez minę rozkapryszonego dziecka, które nie wie, jak zdobyć ulubioną zabawkę.
James zignorował słowa przyjaciela, nie chcąc wdawać się z nim w bezsensowną kłótnię i to w obecności kogoś spoza ich kręgu. Uśmiechnął się tylko bezczelnie do Łapy, po czym zwrócił się do Aislinn.
- Pewnie Hawick, to znaczy Liam, dużo o nas opowiadał?
- W samych superlatywach - parsknęła ciemnowłosa znowu poprawiając sweter. - Uwierz, mamy lepsze tematy do rozmów, niż wy i wasze wybryki.
- A jednak! - krzyknął triumfalnie Gryfon powodując, że drzemiący Peter obudził się przestraszony. - Jednak opowiada o naszych przygodach!
Syriusz burknął tylko niewyraźnie na słowa kumpla, ale widać było dezaprobatę w jego szarych oczach.
- Przecież cała szkoła o tym trąbi za każdym razem, gdy coś przeskrobiecie - zauważyła Ais z rozbawieniem.
- Od razu przeskrobiecie... - Rogacz zmierzwił swoje rozczochrane włosy i roześmiał się. - O proszę, już jesteśmy na miejscu. W tym deszczu nawet nie zwraca się uwagi na przebytą drogę.
Pettigrew i Potter wyskoczyli na zewnątrz i zajęli się wyciąganiem swoich kufrów, natomiast Syriusz bez słowa wyprzedził wstającą Krukonkę i z wrodzoną sobie szarmancją pomógł jej wysiąść z powozu. Hawick natychmiast zarumieniła się i podziękowała cicho.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział Syriusz uśmiechając się lekko. - Wiesz, jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty...
- Co masz na myśli? - zapytała Aislinn mnąc róg swetra i zupełnie nie zwracając uwagi na to, że cała moknie. Tak samo zresztą, jak Syriusz.
- Masz taki nienarzucający się styl bycia - odpowiedział odgarniając nieco przydługie włosy z oczu.
- Rozumiem, że to ma być komplement? - Ais z każdą chwilą czuła się coraz bardziej zakłopotana, ale nie wiedziała jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie wypadało wszak przerywać niegrzecznie rozmowy i uciekać do zamku.
Black nie zdążył jednak odpowiedzieć, gdyż w tym momencie z piskiem na szyję rzuciła mu się wysoka czarnowłosa dziewczyna.
- Syriusz! Jak ja za tobą tęskniłam! - wykrzykiwała tuląc się do niego. - Dlaczego nie przyszedłeś do mnie w pociągu? Coś się stało? Syriusz?!
Chłopak nie odzywał się i tylko patrzył zdezorientowany to na Aislinn, to na swoją dziewczynę. Dopiero po chwili spojrzał przepraszająco na skamieniałą Krukonkę i pocałował w policzek Joyce.
- Przepraszam, kochanie. Ja też tęskniłem... - Uśmiechnął się do niej olśniewająco i przytulił, całkowicie zapominając o obecności drugiej dziewczyny. Czarnowłosa para zaczęła szeptać do siebie czułe słowa i chichotać.
- Chodź. - Aislinn usłyszała łagodny głos Jamesa. - Zmokniesz i się przeziębisz, a to marny początek roku szkolnego, nie sądzisz?
Kiwnęła tylko głową i rzuciwszy zaklęcie lewitacji na swój kufer ruszyła za chłopakiem w stronę zamku. Z trudem powstrzymała chęć oglądnięcia sie za siebie i przyjrzenie się raz jeszcze Syriuszowi gruchającemu miłosne wyznania Gryfonce. Właściwie to nawet nie wiedziała, dlaczego ten widok tak ją zabolał.
Rozmawiałaś z nim raz i zaczęłaś już sobie wyobrażać Merlin wie co. Przecież wiesz, jaki jest Black skarciła siebie w duchu stając w sali wejściowej i odsyłając bagaż do swojego dormitorium.

Po uczcie, kiedy już znalazła się w wieży Ravenclawu pośród swoich przyjaciółek, Frances Stine i Maud Collins, dręczący ją obraz nieco zbladł. Zaczęła plotkować z przyjaciółkami na temat tegorocznych przedmiotów, potencjalnych zadań domowych oraz wyników swoich SUMów.
- A gdzie ty się właściwie podziewałaś podczas jazdy pociągiem? - zapytała nagle Maud, jednocześnie rozczesując swoje długie włosy. Była całkowitym przeciwieństwem swojej przyjaciółki. Podczas, gdy Aislinn miała ciemny kolor oczu i włosów, Collins była niebieskooką blondynką. Obie często powtarzały, że chciałyby wyglądać jak ta druga.
- W przedziale? - odpowiedziała, po czym roześmiała się chcąc ukryć lekkie zdenerwowanie. - A gdzie mogłam być?
- Wiemy, że w przedziale, bo na korytarzach cię nie znalazłyśmy. Cała drogę pilnowałyśmy dla ciebie miejsca, a ty nie przyszłaś - dodała z wyrzutem Frances zakładając ręce na piersi i spoglądając bystro na przyjaciółkę. - Ais, słuchamy. Gdzie byłaś?
- Szukałam wolnego miejsca, bo taki tłok panował w pociągu...
- W tym roku przyjęli dużo dzieciaków, to nie dziwne - zauważyła cicho Maud.
-... i kiedy w końcu udało mi się znaleźć jakieś wolne miejsce natychmiast tam usiadłam. Stwierdziłam, że z wami i tak się zobaczę, więc nic się nie stanie jeśli nie spotkamy się w pociągu - wyjaśniła i upiła kolejny łyk kakao. Był to ulubiony napój Szkotki, miała do niego całkowitą słabość. Dwie łyżeczki sypkiego, gorzkiego kakao, potem mleko, a na koniec łyżeczka cukru - inna wersja nie zasługiwała na to miano.
- Z kim siedziałaś? - zapytała z zainteresowaniem Stine. Choć była Krukonką ceniącą sobie sprawdzone fakty, nigdy nie mogła oprzeć się wszelakiego rodzaju plotkom i ploteczkom. Dziewczęta często żartowały, że z taką słabością powinna była trafić do Slytherinu, bo jak wiadomo tam trafiają najwięksi plotkarze, co Frances kwitowała jawnym oburzeniem.
- Z Lily Evans, wiecie która to.
Przyjaciółki pokiwały głowami na znak, że doskonale kojarzą rudowłosą prefekt Gryffindoru.
- I tylko z nią? - zapytała po chwili Maud podejrzliwie. - Przecież to niemożliwe przy takim tłoku...
- Nie, potem jeszcze dosiedli się Huncwoci - odpowiedziała spokojnie Aislinn prosząc w duchu Rowenę, aby przerwała to małe przesłuchanie.
- CO?! - Maud i Fran krzyknęły jednocześnie tak, że aż siedząca na swoim łóżku Ophelia Chambers spojrzała na nie z dezaprobatą. Brakowało jeszcze tylko Ginger Quirke, która również dzieliła z nimi dormitorium.
- Ciszej - syknęła Hawick uśmiechając się przepraszająco do Ophelii. - Zachowujecie się, jakbym co najmniej siedziała obok Ministra Magii.
- Nie bądź złośliwa. - Jasnowłosa poklepała przyjaciółkę po ramieniu. - Po prostu nigdy nie spodziewałam się, że będziesz w jednym pomieszczeniu...
- I to takim małym i ciasnym - dorzuciła Frances.
-... z Potterem i Blackiem - dokończyła Collins.
- Tam był jeszcze Peter i Lupin oraz Evans - zauważyła poirytowana Ais.
- Peter? To ten mały, co zawsze się chowa za resztą tych Gryfonów?
- Tak, ten - westchnęła ciemnowłosa.
- I jacy oni są z bliska? Przystojni prawda? - Stine wpatrywała się w przyjaciółkę wzrokiem mówiącym: "jesteś teraz dla mnie kimś wielkim, skoro siedziałaś z Huncwotami w przedziale".
- Tacy sami jak z daleka - roześmiała się Aislinn układając się wygodniej na swoim łóżku i jednocześnie zganiając z niego pozostałe dwie dziewczyny. - Fran, mówiłaś, że miłość do Pottera już ci przeszła.
- Przeszła, z Evans nie mam szans. Ale zawsze to miło usłyszeć, że twoja była miłość jest przystojna - odpowiedziała zapytana beztrosko. - Poza tym doszłam do wniosku, że James jest dla mnie zbyt infantylny. Zdecydowanie potrzebny mi ktoś oczytany i inteligentny, będę mogła z nim porozmawiać na jakieś sensowne tematy.
- I słusznie - parsknęła Maud siadając na swoim łóżku. - Nie wyobrażam sobie ciebie rozmawiającej z Potterem o właściwościach i zastosowaniu korzenia mandragory. Jaką mamy jutro pierwszą lekcję?
- Historia Magii, lepiej kolejnego roku szkolnego nie można było zacząć - odpowiedziała radośnie Ais przykrywając się kołdrą i odsyłając zaklęciem swoje okulary na szafkę.
- Gorzej byś nie mogło - burknęła Maud gasząc lampkę przy swoim stoliku. - Binns znowu będzie mnie usypiał. Żeby chociaż zatrudnili kogoś, kto sam nie przeżywał tych wszystkich historycznych wydarzeń...
- Historia zawsze pozostanie historią, bez względu na wykładającego - stwierdziła filozoficznie Frances, również gasząc swoje źródło światła. - Ais, nie myśl, że zakończyłyśmy rozmowę o twojej podróży do zamku. Jutro będziesz musiała wszystko opowiedzieć.
- Dobranoc wszystkim - odpowiedziała wesoło Hawick zamykając oczy. Usłyszała jeszcze tylko zgodną odpowiedź powtórzoną trzy razy i usnęła. Była zbyt zmęczona dzisiejszym dniem, żeby jeszcze raz przeanalizować niepokojącą sytuację z nią i Blackiem w rolach głównych. Jest jeszcze jutro i pojutrze... Ma dużo czasu, prawda?
komentarze [41]

piątek, 14 września 2007 19:41:09

#1


Bez zbędnych komentarzy zapraszam do czytania i komentowania.
Za betowanie dziękuję Villemo.


Aislinn przemierzała kolejne wagony w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca w przedziale. Niestety, dotychczasowe poszukiwania nie przynosiły skutku.
Czyżby jakiś wyż demograficzny wśród pierwszaków? pomyślała Krukonka i lewitując przed sobą kufer, przeszła do kolejnego wagonu. I tym razem czekała ją niespodzianka - najbliższy przedział był praktycznie pusty, nie licząc drobnej, rudowłosej Gryfonki przy oknie, notującej coś zawzięcie na pergaminie.
Dziewczyna nazywała się chyba Evans i była rok starsza, ale Ais nie była pewna - miała słabą pamięć do nazwisk osób widywanych na szkolnych korytarzach. Co innego nazwiska historyczne, te mogła recytować bez zająknięcia nawet w środku nocy.
- Przepraszam, wolne? - zapytała uśmiechając się szeroko.
Gryfonka obrzuciła ją najpierw badawczym spojrzeniem, po czym również uśmiechnęła się i zatoczyła dłonią po przedziale.
- Oczywiście, masz duży wybór. Poza tym ja i tak niedługo będę wychodzić. - Wskazała palcem na plakietkę prefekta Gryffindoru ze znaczącym uśmiechem.
Krukonka kiwnęła głową, umieszczając za pomocą magii swój kufer na półce nad siedzeniami i usiadła na przeciwko Gryfonki.
- Obiecuję, że nie będę rozrabiać. Nie chciałabym stracić punktów zanim rok szkolny się tak naprawdę rozpocznie... A tak w ogóle, Aislinn Hawick, szósty rok - dodała, wyciągając rękę w stronę dziewczyny.
- Lily Evans, siódmy rok. Miło mi - odpowiedziała rudowłosa potrząsając ręką nowej znajomej z rozbawieniem.
Ha! Pamiętałam jak się nazywa. I rocznik też dobrze wydedukowałam!
-... ze Szkocji? - Rudowłosa przyglądała jej się swoimi niesamowicie zielonymi oczami, uśmiechając się delikatnie.
- Słucham? - Aislinn zarumieniła się, zdając sobie sprawę, że po raz kolejny straciła kontakt z rzeczywistością, co przecież Krukonce nie wypadało.
- Pytałam, czy pochodzisz ze Szkocji - powtórzyła cierpliwie Lily zwijając powoli pergamin i odsyłając go do kufra na półce. - Masz bardzo wyraźny szkocki akcent, ale nie wyglądasz na... tamtejszą.
Rumieniec na twarzy młodszej z dziewcząt stał się jeszcze bardziej wyraźny. To była właśnie zmora Ais - silny akcent, którego nie potrafiła się pozbyć od tylu lat, pomimo że większość czasu spędzała z osobami mówiącymi akcentem brytyjskim. Odruchowo zaczęła skubać rąbek swojego krawata, próbując ukryć zakłopotanie.
- Tak... - odparła niepewnie. - Jestem ze Szkocji, ale wdałam się w rodzinę mamy, oni są ciemnowłosi.
- Spokojnie, to przecież żaden wstyd. - Evans roześmiała się cicho. - Dzięki temu jesteś bardziej intrygująca i, na przykład, egzotyczna.
Ais parsknęła śmiechem słysząc uspokajające słowa Gryfonki. Intrygująca i egzotyczna panna Hawick... Brzmiało to równie niedorzecznie co "Aislinn - Ślizgonka".
Chwilę później również Lily śmiała się głośno. Śmiech Krukonki był zaraźliwy, co dla jednych było zaletą, dla innych wadą. Zwłaszcza dla Krukonów, którzy w obecności roześmianej koleżanki nie byli w stanie się uczyć. I właśnie w tym momencie do przedziału wtoczyła się grupka chłopców popychających i przekrzykujących się nawzajem. Słynni hogwardzcy Huncwoci, mistrzowie w robieniu dowcipów, zdobywaniu szlabanów i nieliczenia się z regułami. Potter, Black, Lupin - skupiający w sobie rozsądek całej tej grupy, oraz czwarty z paczki, którego Aislinn już jednak nie znała z nazwiska. Zresztą, gdyby nie to, że trzymał się ze swoimi popularnymi kolegami, nawet nie zwróciłaby na niego uwagi, zupełnie nie wyróżniał się z tłumu - niewysoki, nieco pulchny, z mysimi, krótkimi włosami. Słowem, zupełnie przeciętny osobnik. Właściwie tak jak sama Ais, póki nie odezwała się, objawiając światu swój charakterystyczny akcent..
- Lily, kochanie, tutaj jesteś! A ja cię po całym pociągu szukam, żeby się przywitać - krzyknął James Potter siadając koło dziewczyny i wpatrując się w nią maślanym wzrokiem. - Tęskniłem, wiesz? Nawet Łapa nie potrafił doprowadzić do tego, żebym o tobie zapomniał.
Rudowłosa tylko fuknęła, ale widać było, że słowa Gryfona sprawiły jej przyjemność. Łaskawie przyjęła wyczarowany przez niego kwiatek, po czym na powrót dostrzegła Krukonkę i uśmiechnęła się do niej wesoło.
- Panowie, chciałam wam przedstawić moją znajomą. To Aislinn Hawick z Ravenclawu, zachowujcie się więc choć trochę inteligentnie. I normalnie. Nie, Remus, ciebie się to nie tyczy - dodała po chwili widząc, jak jasnowłosy chłopak cofa się ukradkiem ku wyjściu. Spojrzał na Lily z wyraźną ulgą, po czym uśmiechnął się do Ais i kiwnął jej lekko głową, jednocześnie siadając na siedzeniu obok, gdyż pozostałe były już zajęte przez resztę Huncwotów.
- Przyjaciółki Lily są zawsze moimi przyjaciółkami - stwierdził Potter rozsiadając się na obitej czerwonym pluszem kanapie i przysuwając się nieco do "wybranki swojego serca".
- A przyjaciółki Rogacza moimi - dodał Black z szelmowskim uśmiechem wstając i kłaniając się dworsko przed Krukonką, jednocześnie cały czas nie spuszczając z niej wzroku. - Jeśli będziesz miała jakiś problem, przybywaj do mnie o każdej porze dnia i nocy.
Dziewczyna zarumieniła się lekko i odpowiedziała cicho:
- Na pewno skorzystam z propozycji, jeśli zajdzie taka potrzeba...
- O proszę, Szkotka - zauważył błyskotliwie James stykający się już z Lily, która udawała, że nie zauważa chłopaka. - Gorąca krew, Lunatyku, pomyśl o tym.
- Nie żartuj sobie - obruszył się Lupin i uśmiechnął przepraszająco do Aislinn. - Nie zwracaj na nich uwagi. Chłopy jak dęby, a w głowie nadal pstro...
- Zupełnie jak mój brat - odpowiedziała ciemnowłosa wesoło. - Tylko, że on jest młodszy ode mnie.
- Lunatyk, nie pozwalaj sobie. - Syriusz kopnął przyjaciela w kostkę przybierając niewinną minę, gdy ten syknął z bólu. - To, że ty jesteś poważny i dojrzały ponad wiek, nie znaczy, że my jesteśmy twoim przeciwieństwem. Jesteśmy normalnymi, rozrywkowymi chłopcami.
Peter zachichotał, ale widząc, że pozostali nie uznali słów Blacka za zabawne umilkł i, o ile to w ogóle było możliwe, jeszcze bardziej wcisnął się w fotel przedziału starając się jak najmniej rzucać w oczy.
Remus zmrużył oczy przyglądając się uważnie swojemu przystojnemu koledze.
- Nie powinieneś przypadkiem poszukać Joyce? Nie widzieliście się przecież od dwóch miesięcy - zapytał beztrosko i pozornie bez złośliwości.
- Hoho, Łapa, chyba zostałeś sprowadzony do parteru - roześmiał się James przeciągając się i wyglądając przez okno, jednocześnie "przypadkiem" trącając dłonią kolano Lily. - Chyba będziemy niedługo dojeżdżać do Hogsmeade, trzeba się przebrać.
- Z Joyce zobaczę się po ceremonii we Wspólnym, nie martw się - odpowiedział Gryfon tonem mówiącym: "już my sobie porozmawiamy na osobności". - To mówisz, Rogaczu, że zaczynamy seans, który przygotowaliśmy dla dziewcząt?
- Żadnych seansów. - Lily zmarszczyła brwi, ale i tak nie udało jej się ukryć uśmiechu. - Przebierajcie się, jak Merlin przykazał, ja tymczasem idę z Remusem sprawdzić, jak wygląda sytuacja na korytarzach.
- Wracajcie szybko! - krzyknął Potter w stronę wychodzących przyjaciół, a gdy ci już wyszli dodał. - Prawda, że ona chce w ten sposób wzbudzić moją zazdrość?
- Jasne, nie masz się czym przejmować - odparł nieuważnie Syriusz zezując w stronę Aislinn, która siedziała cichutko przy oknie i przyglądała się z lekką konsternacją trójce chłopców.
- Często bywasz w bibliotece? - zapytał nagle.
Dziewczyna drgnęła zaskoczona i spojrzała na Syriusza ze zdziwieniem. Takiego pytania się nie spodziewała, bo cóż to było w ogóle za pytanie?
- Tak... Chyba tak. Jak każdy Krukon - dodała po chwili uśmiechając się łobuzersko. - A co, mam ci poradzić z jakich książek się uczyć?
- Nie, nie, Remus na pewno będzie wiedział - odpowiedział chłopak swobodnie, jednocześnie próbując sobie zawiązać krawat. - Chciałem po prostu wiedzieć, dlaczego cię wcześniej nie zapamiętałem. Przez siedem lat musieliśmy przecież mieć jakieś lekcje razem...
- Jestem rok młodsza - parsknęła z rozbawieniem Ais. - Musiałabym się naprawdę bardzo postarać, żeby bywać na waszych lekcjach... Daj, pomogę ci z tym krawatem - dodała bez zastanowienia widząc, jak Gryfon męczy się próbując stworzyć kształtny węzeł. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę ze swoich słów i zarumieniła się.
- Przepraszam - bąknęła z zawstydzeniem.
Syriusz zrobił głupią minę, natomiast Potter zaczął dosłownie pokładać się ze śmiechu widząc konsternację Krukonki.
- Nie takie rzeczy proponowano Łapie, więc nie masz się czym przejmować. Poza tym on już jest zajęty, ale jego Joyce krawatów wiązać nie potrafi - wydusił z siebie chichocząc cały czas. - Możesz mu pomóc, mi zresztą też, skoro Lily uciekła.
Przez twarz Blacka przebiegł cień na słowa o tym, że jest zajęty, ale po chwili śmiał się razem z Jamesem.
- Widzisz, Aislinn, my będziemy pomagać tobie w sytuacjach, w których sama sobie nie będziesz radzić, a ty będziesz pomagać nam w wiązaniu krawatów.
- I jeszcze w pracach domowych - dorzucił Rogacz.
- Umowa stoi? - zakończył Black obdarzając dziewczynę olśniewającym uśmiechem.
- Stoi - odpowiedziała nadal jeszcze lekko zarumieniona. - Chodźcie, zawiążę wam te krawaty.
Chłopcy ustawili się jeden za drugim, niczym w kolejce, śmiejąc się co chwilę i przepychając.
Kiedy pociąg w końcu zatrzymał się na stacji, wszyscy zaczęli się tłoczyć, chcąc jak najszybciej wyjść i ruszyć do Hogwartu, gdyż pogoda w międzyczasie popsuła się i lunął deszcz.
- Chodź, pomogę ci z tym kufrem - mruknął Syriusz do Aislinn, przejmując jej czar lewitacji i kierując się w stronę powozu, w którym siedział już Peter, a James starał się umieścić bagaż Evans obok pozostałych kufrów.
- Nie trzeba, tam są moje współlokatorki... - zaczęła dziewczyna, ale chłopak zignorował to i łapiąc ją za rękę pociągnął w stronę przyjaciół. Dziewczyna zarumieniła się, ale posłusznie ruszyła za Blackiem. Zresztą wyrywanie się mu nie miało sensu, był silniejszy. A do tego miał jej kufer, prawda?

komentarze [23]

czwartek, 6 września 2007 16:17:19
Kolejny blog o uczniach Hogwartu i Huncwotach. Może jednak ten będzie inny od reszty i spodoba Wam się? Zapraszam :)
komentarze [0]

Krukonka

»
» Aislinn
» pozostali
» do ulubionych

Księga

» zobacz
» wpisz się

Ukochani

» Galla
» Loraine Barden
» Cedrella Black
» Jasmine Deschanel
» Angelina Johnson
» Veronique Lexon
» Liz Malfoy
» Veronica Martinez
» Sebastian McFireleard
» Dorcas Meadowes
» Kate Moos
» Vallea O'Riordan
» Rosie Peck
» Lily Potter
» Vanessa Stevens
» Christine Zabini

» dictum acerbum #
» honest opinions #
» kiss me #
» oceniamy fanfiction #


Kluby

» hogwartowe opowiadania
» Huncwoci w Hogwarcie


Archiwum

» część I
» część II
» część III
» część IV
» część V
» część VI

Klimat



Szablon

» Lomuelle
» Szablony Eowiny
» mixologies [chyba]